Zdjęcia pochodzą z listopada zeszłego roku, Śnieżka była już w zimowej szacie. Plan miałem taki, żeby nocą wejść na Sowią Przełęcz (czarnym szlakiem z Karpacza), po czym trawersem minąć Czarny Grzbiet i zejść do Pecu pod Snezką. Stamtąd miałem zamiar wejść na Przełęcz pod Śnieżką przez Obri dul (od południowej strony jeszcze na najwyższy szczyt Sudetów nie wchodziłem, a ta droga wydaje się z góry bardzo ciekawa). Z prognozy meteo wynikało, że w nocy trochę popada, ale nad ranem deszcz ustanie. Wkalkulowałem więc nocny marsz w deszczu z nadzieją, że ranek na grzbiecie powita mnie zacny. Tak się jednak nie stało. Deszcz wprawdzie ustał, ale zaczął padać śnieg, a niedługo potem zaczęło dość mocno wiać. Śniegu na grzbiecie było dużo więcej niż przewidywalem, szlak był nieprzetarty, więc szło się ciężko. Zrezygnowałem w tej sytuacji ze schodzenia do Pecu i poszedłem prosto na Śnieżkę otwartym na wiatr Czarnym Grzbietem, co było błędem. Lepiej było pójść trawersem od południa (bo wiało od północy) i wejść na szczyt żółtym szlakiem prowadzącym od Pecu. To jednak stało się jasne dopiero po fakcie, bo początkowo wydawało się, że wiatr nie będzie taki mocny, a nawet, że jakby słabnie (to była chyba moja wyobraźnia).
Listopadowy świt na Sowiej Przełęczy. Po lewej Skalny Stół (1281mnpm). Tutaj było jeszcze dość spokojnie i nawet śnieg nie padał. Przysłowiowa cisza przed burzą.
Powoli wchodzę na Czarny Grzbiet. Widoczność coraz gorsza, wiatr coraz silniejszy, śnieg coraz gęstszy.
Ostatnie zdjęcie na Czarnym Grzbiecie. Chwilę potem nie było już mowy o wyciąganiu aparatu. Zawinąłem go w ręcznik i reklamówkę i schowałem głęboko do plecaka. Na samym grzbiecie w najgorszych momentach nie mogłem się odwrócić w stronę wiatru, widoczność sięgała może pół metra. Chcąc odpocząć musiałem odwracać się plecami do wiatru i mocno zapierać w śniegu. Nie udało mi się nawet wysikać, bo spodnie przypominały sopel lodu (na szczęście tylko z zewnątrz). W ogóle ekwipunek (czyli windstopper, ciepły polar i moje niezawodne buty) sprawił, że czułem się dość komfortowo. Byłem też psychicznie przygotowany na załamanie pogody (mimo prognozy), bo Karkonosze są o tej porze roku zdradliwe. Niemniej jednak były to ciężkie chwile. Szczyt zobaczyłem dopiero, kiedy na niego wszedłem – dosłownie. Przy dobrej pogodzie ta trasa zajmuje około godziny, ja szedłem prawie 3 godziny. Generalnie, wędrówka Carnym Grzbietem w tych warunkach byla jednym z głupszych pomysłów, na jakie wpadłem.
W schronisku na Śnieżce (a właściwie w bufecie) nie było żywej duszy (z wyjątkiem obsługi). Posiliłem się, trochę podsuszyłem. Po godzinie dobił pewien starszy pan, który wszedł przez Kocioł Łomniczki (też dość głupi pomysł). W międzyczasie wiatr osłabł i wyjrzało nawet słońce.
Obri dul – wedle pierwotnego planu tędy miałem wchodzić.
Podejście na Śnieżkę od strony Śląskiego Domu (tj. czerwonym szlakiem).
Przełęcz pod Śnieżką i Śląski Dom. Po prawej krawędź Kotła Łomniczki.
Studnici Hora (1554 mnpm, trzeci pod względem wysokości szczyt Sudetów), zamykająca Obri dul od zachodu.
Po lewej Czarny Grzbiet (nieco się już tam przejaśniło), po prawej Śnieżka.
Podejście na Śnieżkę od strony Śląskiego Domu.
Po południu pogoda bardzo się poprawiła. Śnieżka po prawej, po lewej Czarny Grzbiet.
Biały Jar, powoli schodzę do Karpacza. A pomysł z zejściem do Pecu mam zamiar zrealizować jeszcze przed nadejściem jesieni.
Tagi: Czarny Grzbiet, karkonosze, karpacz, Obri dul, Schneekoppe, Sowia Przełęcz, Śląski Dom, śnieżka










